- No to dobrze, możemy w tym czasie zażyć trochę relaksu. - Dałem mu chwilę na przetrawienie słów, które padły przed chwilą i sam po prostu oparłem się głową o kamienny brzeg, żeby spojrzeć w rozgwieżdżone niebo. Ponieważ dla mnie zupełnie inaczej wyglądały gwiazdy, były bardziej żywy, intensywniejszej i błyszczące. Chwila w ciszy na pewno dobrze nam zrobi, a zdecydowanie mnie, gdzie ja po prostu domknę swoje myśli, które mnie zalewały wcześniej.
Dalej nie uważałem, żebym zrobił coś tak złego, może czas był nieodpowiedni po tym ataku na Yonezawe, ale finalnie przecież byłem gotowy na konsekwencje. Czy eskalacja tego incydentu była potrzebna? Zdecydowanie nie, ale co zrobić gdy każdy myśli o tych, którzy są im bliscy.
Słowa młodzieńca zwróciły moją uwagę, bo dało się z nich wiele wyczytać, zwłaszcza to, że chciał chyba siebie jakoś ukarać za coś, niósł już jakieś brzemię, które sam sobie narzucił, coś własnoręcznie splecionego krępowało mu ruchy i on nawet nie zdawał sobie sprawy, że to coś kiedyś może go pociągnąć na dno. Zgodziłem się mu pomóc w zdobyciu siły, jakiej pragnie, ale chyba muszę jeszcze pokazać mu drogę, którą powinien kroczyć, o ile w ogóle będzie chciał mnie posłuchać.
- Dziękuje, ale nie musisz być aż tak oficjalny Kosuke-san. - Skierowałem się w jego stronę, małym uśmiechem. - Wiem, że miał być to czas na relaks, ale chciałbym Cię trochę poznać, żeby lepiej, zrozumieć czym się kierujesz i w jaki sposób mogę Ci pomóc. W tym celu zadam Ci kilka pytań, jeżeli nie będziesz chciał na którekolwiek odpowiedzieć, to po prostu je pomiń, zgadzasz się? Z jakiego powodu dołączyłeś do korpusu?.. Co próbujesz osiągnąć? Czy demony odebrały Ci kogoś bliskiego? - Rzuciłem w jego stronę trzy pytania, które wiele mogły mi powiedzieć o nim i jego determinacji.
albo ją przed sobą stworzę
- Szkolono mnie do tego odkąd byłem w stanie utrzymać w dłoniach bokken. Później, po tym co mi się przydarzyło, było to już tylko formalnością. Nie widziałem innej drogi.- odparł obserwując ulatującą ze źródeł gęstą parę.
- Chcę chronić tych, którzy sami nie są w stanie. - rzekł w odpowiedzi na trzecie z zadanych pytań. Nie było w tych słowach fałszu, czy zakłamania, ale też nie dało się wyczuć z nich niemal żadnych emocji. Jakby białowłosy po prostu stwierdzał fakt równie oczywisty, jak to, że słońce oślepia, a woda jest mokra.
- A najlepszym na to sposobem jest zabicie tych, którzy chcą krzywdzić słabych. Zabicie demonów! - ostatnie słowo niemal z siebie wypluł. Odraza i czysta nienawiść do tych istot kotłowała się w nim tak, że z trudem to maskował. Ryūtarō nie chciał wyjść na zaślepionego gniewem, bał się, że wezmą go w korpusie za wściekłego psa, który nie nadaje się do dalszego treningu. Kto wie, może nawet mógłby za to wylecieć? Chłopak wziął głęboki wdech i starał się zrelaksować, choćby odrobinę. Przez rozmowę ze starszym kolegą zapomniał zupełnie o tym, gdzie się znajdował i w jakim celu. Mizunoto ponownie zanurzył się w wodzie i wypuścił powietrze starając się nie tracić w zbyt oczywisty sposób rezonu.
- Demony wybiły mój klan. - odpowiedział na ostatnie pytanie Yuichiro. Powiedział to bez wyrazu, jakby przeczytał to z książki. Nie patrzył jednak wtedy na rozmówcę, a spoglądał gdzieś w rozgwieżdżone niebo. Nie chciał teraz przywoływać tamtych wspomnień, które nadal były zamglone i niewyraźne. Pomimo tego, że pamięć płatała mu figle, to ból, jaki niosło rozpamiętywanie był zbyt świeży i zbyt przytłaczający, aby młodzieniec chciał o tym teraz rozprawiać. Przypuszczał, że podobna tragedia spotkała znaczną część członków korpusu. Mogli różnić się od siebie tym, w jaki sposób poradzili sobie z przeszłością, tym, co ich teraz motywowało, ale droga przepełniona smutkiem wypisana była na twarzach większości z nich.
- Ja też mam pytania Kagami-senpai. - zmienił szybko temat nim jego głos mógłby się zacząć łamać na wspomnienie o rodzinie.
- Czy zechciałbyś opowiedzieć mi o szturmie demonów na Yonezawę? - głos chłopaka był wyzuty z emocji, nie zdradzał szczególnego zainteresowania. Co innego mówiły jego oczy, te mieniły się od ciekawości. Ryūtarō słyszał wiele plotek na temat ofensywy, jaką sługusy Muzana ośmieliły się przypuścić. Choć Kosuke gardził nimi, to jednak nie mógł odmówić im odwagi i śmiałości. Białowłosy jako świeży adept nie tylko nie brał czynnego udziału w całym zajściu, ale nawet go tu nie było. Znacznie później wieści o tym zdarzeniu doszły do jego uszu, ale były to ledwie strzępki informacji, zasłyszane tu i ówdzie pogłoski. Najbardziej zszokowała go informacja o śmierci hashiry płomienia. Ryūtarō go nie znał, ale jeśli jego siła równała się z tą jaką prezentował Yoshiro, to ciężko było mu wyobrazić sobie oponenta, który mógłby pokonać takiego tytana. Domyślał się, że każdy hashira musiał być niesamowicie potężnym szermierzem wykraczającym poza ludzkie pojęcie. Kosuke przypuszczał, że w równej i sprawiedliwej walce nie doszłoby do tego.
- Te przeklęte Oni zrobiły to pewnie podstępem. - przeszło mu przez myśl, gdyż nie znajdywał żadnego innego wytłumaczenia.
Na wspomnienie o niegodziwościach demonów krew znów się w nim zagotowała. Zacisnął mocniej pięści, a zęby zgrzytnęły gdy zwarł za mocno szczęki.
Korpus musiał odnieść poważny cios po stracie jednego z najlepszych wojowników, a jedyne co przychodziło do głowy, jako właściwa odpowiedź były retorsje.
- Czy korpus planuje już jakiś odwet? - te słowa chłopak wypowiedział z nutką żarliwej nadziei. Oczekiwał, że właśnie tak należało postąpić, by ukarać te cholerne istoty. Uderzyć jak najszybciej, jak najmocniej i jak najgłębiej w samym środku ich terytorium. Tak, aby się tego nie spodziewali, by zabolało ich najbardziej. Dzięki temu można będzie pomścić poległych kamratów. Dzięki temu ich dusze będą mogły spokojnie przekroczyć rzekę Sanzu i odrodzić się harmonijnie po wizycie w krainie zmarłych. Jeśli jednak ich śmierć pójdzie na marne to kto wie, może wrócą jako żądne pomsty Yokai i będą prześladować tych zabójców, którzy nic z tym nie zrobili. Ryūtarō nieustannie myślał o zemście. Były momenty, gdy chęć jej dokonania przesłaniała mu wszystko inne. Nie potrafił wtedy trzeźwo myśleć i chłodno oceniać sytuacji. Z jednej strony była wyniszczająca, z drugiej stanowiła przepotężny bodziec skłaniający do nieustannego progresu. Błogosławieństwo i przekleństwo w jednym.
- To bardzo odpowiedzialny i ambitny wybór... A do tego bardzo szczodry. - Dobrze, że chciał chronić innych, tych, którzy nie byli w stanie zadbać o siebie, warto mieć cel, dla którego się chce walczyć. Oby tylko nie przysłoniło mu to szerszej perspektywy, nie zwiódł w mrok i na zatracenie.
- Nie powiedziałbym, że to najlepszy sposób... Najlepiej by było gdyby nikt nikogo nie zabijał, a nawet jak zabraknie demonów to walki między ludźmi wcale nieustaną, dalej malutcy będą najbardziej z tego powodu cierpieć. - Delikatnie napomknąłem, że nie za wszystko są odpowiedzialne demony, chociaż ich okrucieństwo jest zdecydowanie niezaprzeczalne. Wydawało się, że Kosuke ma serce po właściwej stronie, chce się rozwijać, żeby nie czuć się bezsilny i bezradnym, nie chce być zdany na niczyją łaskę. Gdy wspomniał o wybitym klanie, nieco się wszystko wyjaśniło, nawet jego złość czy gniew już nie wzbudzał takiego szoku, stracił całą rodzinę i nic nie mógł na to zrobić, zrozumiałem to po części, ale chyba nie byłem odpowiednią osobą, którą powinna go moralizować na tle rodzinny, bo to ja się od swojej odciąłem. Widać, bo nim było, że nie chce o tym rozmawiać, a pomimo tego odpowiedział na pytanie, więc świadczyło to o dużej determinacji i szczerości. Dlatego odpuściłem sobie jakieś oklepane frazesy i uraczyłem to ciszą, aby oddać hołd jego rodzinnie.
- Pytaj, jeżeli będę mógł, to na nie odpowiem. - Rzuciłem krótko i w ciszy wyczekiwałem tego, o co chciał zapytać młody Ryutaro, jego ciekawość była skierowana na ostatni atak demonów na Yonezawe. Nie można się temu dziwić, w końcu było to coś, co stało się pierwszy raz i ulotne myśli o bezpiecznej przystani szybko odeszły w niepamięć.
- To może zacznę od początku... Mistrz wezwał wielu z nas na plac treningowy, gdzie przekazał wszystkim zebranym wiedzę o pierwotnym oddechu i jego formach. Trenowaliśmy ciężko i do późna próbując przyswoić tę sztukę, którą chciał nam przekazać, ale oddech słońca to nie jest coś prostego. Sam mistrz powiedział, że użył go tylko raz i nigdy więcej mu się nie udało. Spaliśmy pod gołym niebem, nie wiem czemu, to miało służyć... A potem zostaliśmy brutalnie wybudzeni odgłosami eksplozji i szturmem dwóch Kizukich z ich poplecznikami. Podzieliliśmy się na grupy, aby jak najlepiej zająć się ewakuacją ranny i walką z demonami. Wielu osób zostało wtedy ranny i poniosło śmierć, nawet moja bliska przyjaciółka i sensei odniosły poważne rany. Hashirzy miały problemy w starciu z księżycami, a sam mistrz zainterweniował i niestety przypłacił to swoim życiem, żeby uratować resztę. - Opowiedziałem mu po krótce wszystko, co się wydarzyło, omijając niektóre szczegóły, które nie były w tym istotne.
- Mamy skupić się na utrzymaniu porządków w miastach nam sprzyjających i spróbować coś wskórać w tych, które nas wyparły. Dlatego kieruje się do Nagoi, aby rzucić okiem, na to co dzieje się w mieście... Dalej liżemy rany, niestety szkolenie zabójców trwa, a jeżeli nie zetniemy głowę twórcy demonów, to po każdej ofensywie ich liczebność prędzej czy później zostanie odbudowana.... Jak na razie byliśmy tylko środkiem doraźnym, a nie lekiem. - Ciężko było mówić o zemście, gdy Muzan nawet się nie przejmie gdy ubędzie mu płotek, po prostu stworzy nowe. Musieliśmy działać mądrze i wybierać bitwy, w których straty był minimalne.
albo ją przed sobą stworzę
"Ludzie nie są twoimi wrogami Ryūtarō. Demony nie są twoimi wrogami. Nikt nie zasługuje na to, aby być krzywdzony. To nigdy nie jest właściwe." - białowłosy przypomniał sobie niespodziewanie te słowa. Słowa, które zapomniał, a które wyłowione z odmętów zamglonej pamięci, uderzyły w niego teraz ze zdwojoną siłą.
Wypowiedziane twardo niczym skała.
Tnące powietrze niczym skalpel.
Rozpalające duszę niczym wulkan.
*
- Ktoś już tak do mnie mówił, tylko kto? - myśli kotłowały się w nim przyprawiając o zawrót głowy.
- Czy to był ojciec? - nie był pewny ich autora, ale tak podpowiadało mu właśnie serce. Na wspomnienie rodziciela poczuł wilgoć podchodzącą mu do oczu. Uczucie żalu i niepowetowanej straty zostawiało go rozchwianym i wrażliwym. Ile by dał, żeby znów spędzać błogo czas ze swoją rodziną. Aby móc ponownie wtulić się w ramiona ukochanej matki. By raz jeszcze bawić się z siostrami i żartować z braćmi. Kosuke przełknął z ledwością ślinę i przysiadł na drewnianym taborecie. Spuścił w dół głowę i wziął głęboki oddech. Pusto wpatrywał się w skapujące z ciała na rozgrzane kamienie krople wody.
Z żalu i zadumy wyrwała go opowieść Yuichiro o ataku na Yonezawę.
- Pierwotny Oddech? - zapytał robiąc wielkie oczy. Nigdy o czymś takim nie słyszał, ale wnioskując po tym, co rzekł dalej Kagami, musiało to być coś o niebagatelnym znaczeniu.
- Oddech Słońca... - powtórzył po starszym koledze z niedowierzaniem i wyraźną fascynacją. Nagle zapomniał o wszystkim, co go otaczało i o czym dotąd rozprawiali. Wydawało mu się, że słucha jakiejś legendy, o czymś nierealnym i efemerycznym. Kolejne zdania czerwowłosego dochodziły do niego w przytłumiony sposób. Ryūtarō zdał sobie sprawę z tego, jak niesamowite rzeczy musieli potrafić najlepsi pośród zabójców. Z takimi osobami u boku, z takimi osobami jako senseie, nadzieja w definitywne pokonanie wroga nie wydawała się byle mrzonką.
- Jest mi bardzo przykro z powodu Mistrza oraz innych poległych. Życzę twojej nauczycielce i przyjaciółce powrotu do pełnego zdrowia. - odparł ze spokojem i pokorą w głosie . Słowa Yuichiro, a także wspomnienia dotyczącego tego, co starał się przekazać mu ojciec wywołały w nim zadumę i wyciszenie. Złość i ślepa nienawiść gdzieś uleciały, przyszedł spokój i próba przetrawienia tego wszystkiego. Danie się ponosić emocjom było w końcu oznaką słabości, a jeśli rzeczywiście miał zamiar na poważnie przysłużyć się korpusowi, nie mógł tak często i w tak trywialny sposób im ulegać. Wieści o wyparciu z miast, o zajmowaniu przez demony kolejnych terytoriów była dla Ryūtarō przerażającą wizją. Nie chciał nawet wyobrażać sobie miast i wsi, gdzie te potwory mogły swobodnie, bez żadnej krępacji plądrować je, terroryzować i robić co im się żywnie podobna.
- Mógłbym ci towarzyszyć Kagami-senpai, choć nie wiem, czy okazałbym się realnym wsparciem. Zapewne masz silniejszych kamratów po swojej stronie. - odpowiedział białowłosy.
Ostatnie słowa Yuchiro były niestety celne i trafne, niczym hydra demony wciąż powracały, zdawać by się mogło, że co raz liczniej i co raz śmielej. Jakby Muzan pluł korpusowi w twarz nic sobie nie robiąc z trudów zwalczania ich przez zabójców.
- Wyczekuję jutrzejszego treningu z niecierpliwością. - ukłonił się nieznacznie i zaczął powoli zbierać do wyjść z gorących źródeł.
Nie możemy teraz pogrążać się w żałobie, kiedy musimy dalej przeć przed siebie, a na pewno nie powinna tak młody i świeży członek korpusu brać na siebie kolejnej brzemienia. Kosuke był zdecydowanie miłą osobą, może nieco dziwną i czasami ekscentryczną, ale nie dało się o nim powiedzieć złego słowa na ten moment, co prawda miał jakieś problemy w swoim wnętrzu, tylko który zabójca nie dysponował traumą czy krótki lontem w niektórych sprawach.
Daleko nie trzeba było szukać, w końcu sam ostatnio pokazałem, jak słaby byłem i nie było sensu się tłumaczyć, że to zbiegnięcie się kilku rzeczy w nieodpowiednim czasie, ale wymówki do mnie nie pasowały, nie byłem już małym dzieckiem, żeby wybielać siebie w oczach innych, czy nawet w swoich własnych.
- Każda para rąk na pewno okaże się pomocna. Szczerze to nie mam za wielu znajomych w korpusie i rzadko bywam w Yonezawie. Także nie nie doceniaj się Kosuke-san, ostatni będą pierwszymi. Każdy pączek rozkwita w swoim tempie, jedne szybciej drugie dłużej, ale każdy jest tak samo istotny dla cyklu i drzewa. - Nie chciałem, żeby widział siebie jako kogoś słabszego czy niechcianego, potrzebował czasu i pomocy, którą ode mnie dostanie, a potem zobaczymy, jak zakwitnie.
- To bardzo dobrze, nawet będziesz miał pierwsze małe zadanie. Będę czekał o świcie gdzieś w okolicy Edo, a ty musisz mnie znaleźć. Odpocznij sobie, bo jutro nie będzie lekko. - Rzuciłem do białowłosego, który powoli zbierał się do wyjścia, pewnie chciał się wyspać i odpocząć przed jutrem. Miałem zostać jego nauczycielem, dlatego chciałem to zrobić jak najlepiej, co prawda nie pomogę mu przy formach, jeżeli posiada on inny oddech, a raczej tak jest, bo nie widziałem go nigdzie blisko płomieni. Czy będę od niego wiele wymagał? Pewnie tak, ale niczego więcej czego nie wymagałbym od siebie, obym tylko nie przesadził.
albo ją przed sobą stworzę
- Lekcja pokory. - powtórzył za czerwonowłosym.
- Sądzę, że każdy potrzebuje takowej od czasu do czasu. - dodał kiwając głową.
Dalsze słowa Yuichiro było budujące, zachęcające do dalszej pracy i do tego, aby się nie zniechęcać. Motywowały i inspirowały młodzieńca takiego jak Ryūtarō. Każdy potrzebował usłyszeć coś budującego od czasu do czasu, aby uświadomić sobie, że każdy, najmniejszy nawet wkład i wysiłek miał znaczenie. Wzmianka o wąskim gronie znajomych w korpusie mogła wynikać z tego, że wielu z zabójców potrafiło być na swój sposób ekscentrycznymi. On sam raczej uchodził za milczka i odludka. Dawne przyzwyczajenia z czasów dzieciństwa tylko to potęgowały. Gdyby demony nie wytrzebiły jego klanu, zapewne teraz Kosuke dalej szkoliłby się nie tylko w szermierce, ale i w etykiecie, ceremoniałach i wszystkim, co związane było z objęciem stanowiska głowy rodu. A taka osoba musi ważyć każde słowo i zastanowić się, nim wykona jakiś czy. Przez to wszystko Ryūtarō nigdy nie kwapił się do tego, aby sam z siebie zawiązywać nowe znajomości, czy spoufalać się z kimkolwiek. Życie w korpusie bardzo powoli zmieniało go w twej kwestii. To właśnie tutaj zaczął przełamywać, może nie od razu pierwsze lody, ale z pewnością przynajmniej pierwszą krę w relacjach z innymi. Uczył się współpracy i dogadywania, bo dzięki temu mógł w bardziej efektowny sposób wykonywać powierzone mu zadania.
Kosuke skinął jeszcze głową na ostatnie słowa Kagamiego, obrócił się na pięcie i wyszedł z onsenu. Chłopak wrócił do przebieralni, gdzie wysuszył się dokładnie i nałożył na siebie pozostawione odzienie. Wreszcie opuścił cały przybytek tak, aby pójść jak najszybciej spać i rzeczywiście być gotowym na jutrzejszy trening. Już teraz ekscytował się na myśl o nim, gdyż ćwiczenia pod okiem kogoś znacznie potężniejszego wydawały się czymś niezwykle fascynującym.
Coś z tamtego wieczoru wyniosłem i udało mi się nie dopuścić do najgorszego, więc mój błąd został w pewny stopniu naprawiony. Czy jeżeli to ja bym ruszył pierwszy na demona z włócznią, Sayaka i Tsuyi nigdy nie zostałby tak poważnie ranne? Karasawie ciężko było cokolwiek wyperswadować, bo była w gorącej wodzie kąpana. Z drugiej strony, gdybym nie pomógł Suki najpierw, nie wiadomo co by się wydarzyło dalej. Więc można sobie przez wieczność dywagować nad słusznością wyboru, na szczęście nie zamierzałem tego robić, bo nie widziałem w tym żadnego sensu.
Skinąłem głową gdy białowłosy wychodził z onsenu, sam zostałem tam nieco dłużej, żeby odprężyć się w ciszy po ostatnich wydarzeniach, nastawić na odpowiednie tory i skupić na tym co teraz było ważne, a nie było nic lepszego niż ciepła woda, która rozluźnia naturalnie mięśnie i otwiera pory i inne takie. Wystarczyło zająć się układaniem bałaganu w głowie gdzie, trzeba było nieco posprzątać i wyzbyć się złych rzeczy, które mogłyby wpłynąć na osąd podczas patrolu, trosk rzucić w kąt albo zamieść pod dywan, w końcu jeszcze trochę tam powinno się ich zmieścić, chociaż to wydarzenia z Yonezawy i spotkanie łysych prędzej czy później zostanie zapomniane, gdy tylko wszystko wyjdzie na prostą.
Jutro będzie dobry dzień, w sumie to przeważnie z rana sam trenowałem, miło będzie dla odmiany mieć z kim wymienić się poglądami i wskazać mu odpowiednią drogę, kto wie może nawet, ja się czegoś nauczę, albo zyskam nieco doświadczenia, w końcu nawet w walce z kimś słabszym można było wyciągnąć jakieś wnioski.
albo ją przed sobą stworzę
Nie możesz odpowiadać w tematach